Na pierwszy rzut oka punkt wyjścia wygląda jak klasyczna komedia pomysłów: wycofany, szukający za wszelką cenę spokoju Antoni (Jędrzej Hycnar) spotyka na swojej drodze Olgę (Olga Kalicka) – żywioł, który najpierw demoluje magazyn wózkiem widłowym, a potem nieproszony wkracza w jego poukładaną izolację. Nowa produkcja w reżyserii Pawła Podolskiego omija jednak utarte koleiny konwencjonalnego romansu. „Ma to sens” to opowieść zaskakująco kameralna, zawieszona między absurdem codzienności a poruszającym studium męskiej depresji.
Film odrzuca tanie recepty na uzdrowienie bohaterów. Relacja tej dwójki – pozbawiona matrycy klasycznego wątku miłosnego – opiera się na nieporadnym szukaniu porozumienia między dwoma społecznymi wyrazami zagubienia. Antoni buduje wokół siebie mur z rutyny, by unikać konfrontacji ze swoimi lękami; Olga rozbija ten mur impulsywnością, która pod warstwą komizmu skrywa własne, głębokie pęknięcia.
Odbiór filmu po pierwszych seansach skupia się na jego nienachalnym, terapeutycznym charakterze. To kino skromne, które zamiast spektakularnych zwrotów akcji proponuje uważniejsze spojrzenie na problem osamotnienia i potrzebę akceptacji drugiego człowieka – dokładnie takiego, jakim jest, z całym bagażem jego dysfunkcji.
Dlaczego warto wybrać się do kina? „Ma to sens” przypomina, jak ważna w obcowaniu ze sztuką bywa kinowa przestrzeń i skupienie, którego nie da się odtworzyć w domowym zaciszu. To bezpretensjonalny, mądrze wyważony seans na chłodny wieczór, który pozwala na chwilę refleksji, zostawiając odbiorcę z cichą nadzieją.


