„Dom dobry” – kino, które boli i nie pozwala przejść obojętnie
Co można przeczytać w sieci po pierwszych seansach „Dom dobry” ?
Wojciech Smarzowski serwuje nam kino, po którym trudno wrócić do codzienności.
To nie jest film, po którym wychodzi się z kina lekko.
Na początku wszystko wygląda sielsko. Gosia (Agata Turkot) poznaje Grześka (Tomasz Schuchardt). Wyglądają na szczęśliwą parę – nowe mieszkanie, wspólne plany, dziecko w drodze. Ale ten spokój szybko zaczyna pękać. Za fasadą „normalnego domu” pojawia się
coś niepokojącego.
Smarzowski pokazuje przemoc domową bez upiększeń
i bez sensacji. To codzienne drobiazgi, które z czasem układają się
w obraz dominacji i strachu.
Film jest nielinearny – wraca do tych samych scen, pokazując je
z różnych stron. Dzięki temu widz czuje się trochę jak bohaterka – uwięziony w tym samym koszmarze.
Największe wrażenie robi gra aktorska. Agata Turkot jest wiarygodna i prawdziwa – to nie postać z filmu, tylko kobieta, którą można znać
z sąsiedztwa. Schuchardt świetnie pokazuje, jak „normalny facet” może z czasem zmienić się w oprawcę.
To nie jest film do relaksu. Dla niektórych forma może być zbyt ciężka, pełna chaosu i bólu. Ale chyba właśnie o to chodzi –
żeby nie było wygodnie, żeby coś w nas zostało.
Czy warto zobaczyć?
Tak, jeśli jesteś gotowy na trudne emocje i chcesz zrozumieć,
jak wygląda przemoc od środka. Nie – jeśli szukasz lekkiego kina na wieczór.
To film dla ludzi, którzy cenią kino poruszające tematy społeczne
i lubią, gdy po seansie zostaje coś do przemyślenia.
Pytania, które zostają po filmie:
Jak reagujemy, gdy słyszymy krzyk zza ściany?
Ilu ludzi wokół nas żyje w „dobrych domach”, które takie tylko wyglądają?
Czy sposób, w jaki Smarzowski opowiada tę historię, pomaga lepiej zrozumieć ofiarę – czy może gubi nas w chaosie jej lęku?
„Dom dobry” to kino trudne – nie daje ukojenia.
To film dla osób dorosłych ale nie wrażliwych.